Log in

Kasia Kędzior - niezwykła kobieta, motocyklistka, zawodniczka, kaskaderka (np. w "2008 Operacja Dunaj", w serialu "39 i pół", "Serce na dłoni", "Wichry Kołymy" oraz w serialach "Glina II" i "Trzy szalone zera").

Oprócz licencji wyścigowej, posiada licencję płetwonurka i patent żeglarza jachtowego, do tego testuje motocykle dla miesięcznika Motocykl.

Z wykształcenia - specjalista ds. marketingu i reklamy.


Prywatnie - żona Tomka Kędziora - czołowego polskiego zawodnika, który od lat ściga się na torach polskich i zagranicznych oraz mama dwójki dzieci.


W wywiadzie opowie nam, jak zaczęła się jej przygoda z motocyklem, co sądzi o motocyklistkach, o czym myśli podczas wyścigu, po co ryzykuje oraz jak godzi rolę matki z pracą i pasją...

 

 

 

 

Jos, Motormax.pl: Na początek pytanie, na które każdy motocyklista odpowiada tysiące razy w swoim życiu, ale bez tego się nie obędzie! Jak się zaczęła Twoja przygoda z motocyklami?
 
Kasia Kędzior: Oj, to prawda, że tysiąc razy na takie pytania się odpowiada :) Ale rozumiem, że w tym tkwi sedno zrozumienia tej niecodziennej jak na kobietę pasji, więc oczywiście opowiem.

Jako małe dziecko byłam już wożona przez rodziców motocyklem, bo był to jedyny środek lokomocji, jaki posiadaliśmy. Podejrzewam, że już wtedy te jazdy pozostawiły w mojej psychice jakieś piętno - pozytywne oczywiście.
 
Później była pierwsza klasa podstawówki i koleżanka z klasy, która jeździła swoją własną motorynką, a potem Rometem. Tak świetnie radziła sobie z tą jazdą i tak jej wszyscy zazdrościli, bo były to czasy, w których prawie żaden nawet starszy chłopiec nie posiadał takich własnych dwóch kółek, że ja też dopisałam się natychmiast do grona tych zazdroszczących, jak tylko zobaczyłam ją pierwszy raz na motorynce. Świadoma, że nie ma o co walczyć, nawet nie śmiałam wtedy pytać rodziców, czy istnieje szansa posiadania wymarzonych dwóch kółek wyposażonych w silnik spalinowy. Ale od pierwszej chwili, w której zobaczyłam Anetę i jej motorynkę, zakiełkowało marzenie, mające moc sprawczą przesuniętą w czasie. To zupełnie jak miłość od pierwszego spojrzenia, tylko obiekt bardziej mechaniczny niż fizjologiczny.
 
Marzenie dojrzewało, dojrzewało… Aż pewnego dnia, kiedy stałam na przystanku autobusowym w drodze do szkoły w upalny dzień, zalśniły mi przed oczami dwie rury wydechowe przejeżdżającego motocykla…  I to był ten moment, w którym marzenie dojrzało do podjęcia wszelkich działań umożliwiających jego realizacje. A uparta to ja jestem! :) Powiedziałabym, że nawet bardzo.
 
Delikatne, bardzo nieśmiałe i „niby z nikąd” pytanie do mojego taty „co myśli o Jawie 350” zaowocowało upewnieniem się absolutnym, że w domu nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc. Zarabiałam przez wakacje i kupiłam w końcu Jawę TS 350, o której mój tata nie chciał słyszeć - odpowiadając na wyżej wymienione pytanie głosem nieznoszącym sprzeciwu - „że ja nigdy nie będę jeździła motocyklem, bo ON jeździł i WIE jakie to niebezpieczne”. Uznałam, iż argument jest mocno nietrafiony i w żaden sposób nie mógł do mnie przemówić, bo uważam, że nie można zabraniać dziecku tego, co samemu się robiło.
 
Kupiłam więc motocykl w tajemnicy przed rodzicami, skoro nie chcieli o tym słyszeć:) Sprawa się wydała, bo wydać się przecież musiała. Ale długo po fakcie i jakoś to przełknęli. Mama przyjęła to nawet z humorem, a tata, kilka razy jadąc za mną samochodem, chyba przekonał się, że radzę sobie całkiem nieźle. Na tyle nieźle, że po maturze sam kupił mi Yamahę! Jedynym argumentem, który odwodził go od tej myśli była waga motocykla (XS 750). Bał się, że będzie dla mnie za ciężka. Przebrnęłam przez ten temat podnosząc właściciela, który ważył… ze 120 kilo? Na pewno nie mniej :) Obróciłam go jeszcze wokół własnej osi, zanim dotknął nogami ziemi i tatuś, uśmiechając się, wyjął pieniądze z kieszeni. I tak się to wszystko zaczęło.
 
Jos: Czym w tej chwili śmigasz?
 
Kasia: Obecnie mam Kawasaki ZX-6R.
 
Jos: Jaki jest Twój wymarzony jednoślad?
 
Kasia: A to dopiero pytanie! :) W życiu się nad tym nie zastanawiałam. Miałam wymarzony samochód: już go mam i nie zamieniłabym na żaden inny, choćby mi Ferrari pod dom podstawili. A do motocykla mam bardzo specyficzne podejście. Przede wszystkim muszę go mieć, bo bez niego nie potrafię żyć. A jaki? Sprawny, w ogóle się niepsujący, dobrze się prowadzący, ładnie wyglądający, no i oczywiście sportowy. Co roku wychodzą jakieś nowe modele, które właściwie są poza moim zasięgiem. Co roku oceniam je z wyglądu, później jak jest okazja, to którymś polatam. Dopiero jak pojeżdżę i wiem jak się prowadzi, jestem w stanie wydać na jego temat opinie i stwierdzić czy chciałabym taki, czy nie. I to się zmienia każdego roku. Każdego roku co innego jest fajne, ale przecież nie będę zmieniała co roku motocykla. Więc nawet nie marzę, bo zanim bym go kupiła, to wymyślą za chwilę znowu coś fajniejszego. Chociaż, jest taki jeden… utkwił mi w pamięci do tej pory. Niesamowity, najmilszy w jeździe, prowadzeniu, z genialną charakterystyką silnika. Kawasaki 636. Na ulicę najlepszy ze wszystkich na jakich jeździłam. Ale przestali ten model w zeszłym roku produkować. I jak tu marzyć o konkretach? :D
 
Jos: A czy zdarza Ci się ścigać ze swoim mężem na dwóch kółkach? :)
 
Kasia: Nie zdarza mi się, bo on jeździ w klasie Mistrzowskiej, a ja jeszcze w Pucharze PZM:) Ale może kiedyś? Może się zdarzy... Na pewno lekko nie będzie, bo to stary, cwany, wyścigowy lis i Dziki Dzik! Tomek ściga się od 14 roku życia i z uprzejmości pewnie mnie nie przepuści ;)
Nie, nie będę się łudzić. Jeśli dorównam mu umiejętnościami, to zje mnie doświadczeniem :)
Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma… tak by to pewnie wyglądało :)))
 
Jos: A które z Was kieruje samochodem?;-) Nie ma bojów o kluczyki? Moja znajoma opowiadała mi kiedyś, że miała na spółkę motocykl z mężem i zawsze rano był wyścig do kluczyków. Kto je pierwszy odnalazł i złapał, ten jechał do pracy jednośladem, a przegrany – autem. A że ona zajmowała się dziećmi, to zazwyczaj była na przegranej pozycji.
 
Kasia: Ja też słyszałam o takich przypadkach wyścigów do kluczyków od motocykla, słyszałam :) Ale u nas nie ma tego problemu. Obydwoje jeździmy swoimi samochodami na co dzień. Jeżeli jedziemy jednym, prowadzi ten mniej zmęczony. Nie ma żadnych walk.
Na początku, jak jeździliśmy razem samochodem, to zawsze się o coś czepiał, ale to zawsze! Strasznie mnie to denerwowało, więc się nie pchałam za kierownicę, ale od czasu, jak zaczęłam jeździć na torze, Tomek jak jest zmęczony - idzie spać. To niesamowite. Bo niewielu jest kierowców, przy których Tomek spokojnie śpi podczas jazdy. Awansowałam! :)
Motocykl do jazdy po ulicy mam tylko ja. Tomek w ogóle nim nie jeździ i nawet nie daje się na to namówić. Po ulicach woli samochodem. Po tylu latach wyścigów, uliczne jazdy motocyklem już go nie bawią. Tylko tor.
 
Jos: Można zauważyć, że coraz więcej kobiet w Polsce jeździ na jednośladach. A czy coraz więcej kobiet trafia także na tor wyścigowy?
 
Kasia: W zeszłym roku było ich naprawdę sporo. Startujących w całym cyklu co prawda tylko trzy, ale sporadycznie i na treningach pojawiało się więcej. W tym roku już się trochę wykruszyły. Ale zapraszam na naszą stronę www.racing.torn.pl. W newsach znajdziecie informacje o dokonaniach Moniki Jaworskiej. Jest naprawdę świetna. Startuje w tym roku w Mistrzostwach Europy Kobiet w wyścigach motocyklowych.
 
Jos: Co mogą zrobić dziewczyny, które chciałyby spróbować swoich sił na torze, ale nie wiedzą, od czego trzeba zacząć?
 
Kasia: O tym również zamierzam napisać na naszej stronie, także zachęcam do zaglądania tam.
 
Jos: Jak długo motocyklista - amator musi się przygotowywać do pierwszego poważnego startu w zawodach?
 
Kasia: Właściwie w ogóle nie musi się przygotowywać, wystarczy przyjechać na tor do Poznania, zakleić światła i kierunkowskazy, zapłacić wpisowe, przejść na miejscu badania lekarskie, oddać motocykl do badania technicznego, gdzie ewentualnie udzielą jeszcze wskazówek, co należy zabezpieczyć i może startować w amatorskiej klasie pretendent. Jeżeli spodoba mu się i chciałby się przygotować lepiej, to w zależności od humoru i zasobu portfela, może wydać trochę, dużo albo bardzo dużo. Nie da się tego jednoznacznie określić w kilku zdaniach, bo to temat rzeka. Też o tym napiszę :)
 
Jos: Co czujesz i o czym myślisz podczas wyścigu?
 
Kasia: Podczas wyścigu skupiam się na jeździe. O tych z tyłu myślę, że trzeba wiać, żeby mnie zaraz znowu nie dopadli, a o tych przodu myślę, że należy się sprężać, bo trzeba ich dogonić i próbować wyprzedzić. Zauważyłam, że jeśli myślę podczas wyścigu, to znaczy, że kiepsko i wolno jadę. Jeżeli jadę tak, że nie mam czasu na myślenie, to znaczy, że forma w miarę przyzwoita :D
 
Jos: Czy kobieta - zawodniczka w tym typowo męskim środowisku musi zmagać się z czymś, z czym nie musi mężczyzna?
 
Kasia: My kobiety to zawsze musimy zmagać się z czymś, z czym mężczyźni nie muszą… Tak to już jest, niezależnie od tego, gdzie jesteś: jakieś podpaski, kremy, depilacja, układanie włosów. W miarę możliwości oczywiście. Jeśli warunki na to pozwalają.
Ja odnajduję się męskim środowisku doskonale. Wychowałam się z dwoma starszymi braćmi i może dlatego zawsze dobrze się dogadywałam z facetami. Zresztą, jak widać, tak jakby zainteresowania mamy podobne, więc zawsze jest o czym rozmawiać.
 
Jos: Wiele osób myśli, że jak osiągasz zawrotne prędkości na motocyklu, to jesteś tym stereotypowym „dawcą organów”. Co o tym myślisz?
 
Kasia: Bzdura. Są miejsca, w których można jechać szybko i są takie, w których lepiej tego nie robić. To tylko kwestia wyobraźni. Niech wyobraźnia będzie z Wami!
 
Jos: Zmieńmy teraz trochę temat… ;) Jak wygląda praca kaskaderki? Skaczesz przez ogień na jednośladzie i wykonujesz bardzo niebezpieczne akrobacje? :)
 
Kasia: Hmm, próbuję sobie właśnie przypomnieć skąd o tym wiesz… Wspominałam o tym? Zastanawiam się, bo jakoś za bardzo o tym nie rozpowiadam. I tak sporo ludzi uważa mnie już za „niekoniecznie normalną” ze względu na motocykle i wyścigi ;)))
Oczywiście, pracuję jako kaskaderka pod skrzydłami Zbyszka Modeja w Stunts Incorporated Poland, bardzo znanego w świecie filmu. Figuruję tam - wśród wielu niezwykłych ludzi - jako specjalista sportów motocyklowych.
 
Czy skaczę przez ogień i robię niebezpieczne akrobacje? :) Praca kaskadera polega na tym, że musi on wykonać to, czego od niego oczekują. Kaskader zastępuje aktora, w tym, co jest dla niego trudne lub niebezpieczne i musi jak najwierniej przypominać aktora. Z tego powodu ja najczęściej dubluje aktorki i zastępuje je w jeździe. Nie miałam do tej pory jeszcze jakiegoś szczególnie niebezpiecznego zadania. Scenariusze naszych filmów czy reklam z udziałem aktorek są chyba nieco mniej amerykańskie… :) Ostatnio był pomysł, który również nie był jakimś szczególnym wyczynem, żebym w pościgu na motocyklu jechała w zakrętach na kolanie. Biorąc pod uwagę, że w wyścigach tak właśnie wygląda moja jazda, nie uważam tego za bardzo niebezpieczne, pod warunkiem odpowiedniego przygotowania sprzętu. Skakać – nie skaczę, ponieważ od skoków są crossowcy. W Stunt Inc. funkcje są podzielone i każdy zajmuje się tym, co robi najlepiej.
 
Jos: A czy zdarzyło Ci się grać role nie tylko kobiece? :)
 
Kasia: Jeszcze mi się nie zdarzyło, ponieważ gabarytowo zwykle najlepiej wpasowuje się w role kobiece. Męskimi rolami zajmuje się mój mąż. On ma już na swoim koncie jazdy bardziej ekstremalne, wywrotki itp.
 
Jos: Czy łatwo jest godzić rolę matki z rolą zawodniczki i kaskaderki? Chodzi mi o to, że dwa ostatnie zajęcia, na pierwszy rzut oka, wiążą się z większym niż normalnie niebezpieczeństwem. Czy będąc matką nie boisz się podejmować takiego ryzyka?
 
Kasia: To dobre pytanie. Jestem matką i patrząc z boku bez głębszego zapoznania się z tematem i bez obszerniejszej wiedzy na temat tego co robię, można by pomyśleć, że mam nierówno pod sufitem :) Ale przyjrzyjmy się temu z bliska.
 
Co robi kaskader? Zastępuje aktora w tym, co może być dla niego niebezpieczne, tak? Dlaczego to robi? Bo potrafi bezpieczniej to zrobić. Lepiej ocenić ryzyko, odpowiednio się do tego przygotować, przewidzieć, przemyśleć i przekalkulować, dzięki czemu to ryzyko minimalizuje. To samo dotyczy wyścigów. Na torze nie ma samochodów, które mogą zajechać nam drogę. Nie wybiegnie nam nagle przed koła pies. Na każdym zakręcie są strefy bezpieczeństwa, na których po wywrotce wytraca się prędkość, odpowiedni strój zabezpiecza wszystkie kości, skórę i głowę itd. Miałam na studiach taki przedmiot jak statystyka. Na ulicach giną w wypadkach miliony ludzi każdego dnia. Na torach wyścigowych jednostki na przestrzeni wielu lat. Co jest bardziej niebezpieczne?
 
Nie skaczę do basenu na główkę, jeżeli nie ma w nim wody. Nie wyskakuję z samolotu bez spadochronu. Po ulicy jeżdżę motocyklem w taki sposób, że reaguję na to, co dopiero za chwilę „MOŻE” nastąpić. Myślę za wszystkich i za siebie. Hamuję zanim zajdzie faktyczna potrzeba. Zielone światło nie jest dla mnie sygnałem, że można bezpiecznie przejechać skrzyżowanie. Przepuszczam tych, którzy mają pierwszeństwo i tych, którym się tylko wydaje, że je mają. Taka „uprzejma” na motocyklu jestem po prostu… Może jednak nie jestem wariatką? :)
 
Godzić to wszystko z byciem matką jest trochę trudno, przyznaję. Z tym, że bardziej organizacyjnie i czasowo, ale staram się jakoś sobie z tym radzić. Nauczona doświadczeniem mojej mamy, postanowiłam nie zaprzepaścić żadnej szansy na realizacje własnych dążeń, żeby po latach nie żałować, że mogłam coś zrobić, a nie zrobiłam. Jestem po chorobie nowotworowej, a taka historia w życiorysie diametralnie zmienia sposób spojrzenia na życie i świat. Szkoda mi każdej minuty. Chcę w życiu zrobić tak dużo, ile tylko zdołam.
A co z dziećmi? Wnikliwa obserwacja emocjonalnego świata wokół wyrobiła we mnie pogląd, że szczęśliwi, spełnieni rodzice potrafią zdecydowanie więcej dać swoim dzieciom niż ci, którzy wiecznie mają pretensje do losu, że tak im źle. Chcę nauczyć je radości, jaką można czerpać z życia każdego dnia.
 
Jos: Czy sądzisz, że dzieci z rodzin motocyklowych powinny być od małego oswajane z jednośladami i uczone kierowania nimi? Nie będziesz się bała o swoje dzieci, jak pójdą w Twoje ślady?
 
Kasia: Pomogę rozwijać swoim dzieciom każdą pasję, jaką w sobie odkryją. Nieważne czy to będą motocykle, czy cokolwiek innego. Uważam, że jeżeli dziecko chce jeździć motocyklem, to należy mu na to pozwolić i uczyć go jak najwcześniej. Dziecko ma zdecydowanie większą zdolność pojmowania i uczenia się niż dorosły. Im wcześniej zacznie, pod kontrolą można je uczyć jazdy, myślenia, przewidywania i kalkulacji ryzyka. Zaczynając za młodu, zdobędą doświadczenie, które nam - rodzicom - później pozwoli spokojnie spać i nie martwić się o to, czy coś im się nie stanie. Ja na pewno tak zrobię i wiem, że nie będę musiała się o nie bać.
 
Jos: Czym jest dla Ciebie motocykl?
 
Kasia: Życiem, wolnością, pasją, lekarstwem na wszystko. To chyba choroba… :))) a do tego nieuleczalna!
 
Jos: Czy jest jakaś inna rzecz, która daje Ci porównywalne wrażenia i wywołuje podobne emocje, jak jednoślady?
 
Kasia: Tak. Żagle. I latanie samolotem. O! To moje marzenie. Chcę być pilotem, nie wiem jak to zrobię, ale marzenia od tego się zaczynają, że nie wiadomo jak je zrealizować :)))
 
Jos: To by było na tyle. Może jakieś przesłanie dla motocyklistek albo dobra rada? :)
 
Kasia: Tak jest! DOBRA RADA. Mam takich sporo, ale ostatnio chodzi mi po głowie właśnie takie przesłanie do motocyklistów i motocyklistek. Brzmi niemal jak slogan reklamowo-marketingowy. To pewnie wynik choroby zawodowej ;) Oto on: „MOTOCYKLISTO BĄDŹ UPRZEJMY”.
Wyjaśnienie:
Ustępuj pierwszeństwa tym, którzy je mają i tym, którzy za chwilę wpadną na pomysł, żeby je wymusić. Bądź szybszy - hamuj wcześniej. Ocal życie.

Tekst pochodzi z portalu Motormax.pl: http://motormax.pl/?news=499_Wywiad_z_Kasia_Kedzior
Zdjęcia: http://www.racing.torn.pl