Log in

Rozmowa z Klarą  Dubaniowską,

która zajęła trzecie miejsce w majowych eliminacjach do Mistrzostw Europy Kobiet w Trialu Motocyklowym w Miękini koło Krzeszowic.



Pani – filigranowa blondynka – i motor, który nawet nie ma siodełka. To dość zaskakujące zestawienie.

Ludzie zwykle nie wierzą,  że jeżdżę na motorze. Kiedy kogoś spotykam po raz pierwszy, staram się tym nie chwalić. Robią to za mnie moi znajomi. Często dopiero zdjęcia przekonują niedowiarków.

Skąd zainteresowanie taką  dyscypliną sportu?

Mój tata jeździł kiedyś  jako zawodnik, wcześniej uprawiał ten sport jego ojciec. Ponieważ  tata nie ma syna, więc aby rodzinna tradycja mogła przetrwać, musiał swoją pasją zarazić córkę. Sam wycofał się z czynnego uprawiania sportu, kiedy miałam dwa lata. Po pewnym czasie postanowił do tego wrócić. Zapytał mnie wtedy, czy mam ochotę spróbować, jak to jest jeździć na motorze. Zaczynałam na klasycznym simsonie z siodełkiem. Potem dostałam nowy motor i zaczęłam jeździć z tatą na zawody. Byłam jego „krasnoludkiem”, czyli pomocnikiem. Dzisiaj role się odwróciły.

„Krasnoludek” to ten człowiek, który jest z zawodnikiem na trasie i daje mu jakieś tajemnicze wskazówki?

Tak. Jego głównym zadaniem jest reagowanie w sytuacjach krytycznych. Jeśli na trasie jest miejsce szczególnie trudne, gdzie zawodnik czuje się niepewnie, może się zawiesić lub spaść, pomocnik musi być czujny. Spadając z motoru, zawodnik nie zrobi sobie większej krzywdy. Gdyby jednak motor, który waży około 70 kilogramów spadł na niego, mogłoby dojść do nieszczęścia. Pomocnik musi łapać maszynę, zanim będzie za późno.

Trial motocyklowy to urazowy sport?

Raczej nie. Mówi się  nawet, że najbezpieczniejszy ze sportów motocyklowych. Bardziej urazowe są dyscypliny, wymagające dużych prędkości. W trialu wszystko odbywa się powoli, ważna jest technika. Jest też dość czasu na zastanowienie.  

Jak wytłumaczyłaby Pani absolutnemu laikowi, o co chodzi w trialu?

Jeździ się na motorze bez siodełka, w pozycji stojącej. To wbrew pozorom lepsze niż  siedzenie, bo ma się wyżej środek ciężkości i łatwiej utrzymać równowagę. W trakcie pokonywania trasy nie wolno się podpierać nogami, ani żadną inną częścią ciała. Jeśli zawodnik się podeprze, otrzymuje punkt karny, gdy zrobi to po raz drugi na tej samej trasie, dostaje kolejny punkt. Trzy podparcia i więcej to trzy punkty. Jeśli silnik zgaśnie, wyjedzie się poza obręb wyznaczonej trasy lub dojdzie do wywrotki, sędziowie dają pięć punktów karnych. Wygrywa zawodnik, który popełni najmniej błędów.

Nie jest to sport popularny w naszym kraju. Ile kobiet go uprawia?

Jest nas pięć. Tyle wystartowało w ubiegłym roku. Systematycznie jeżdżą trzy dziewczyny. To dyscyplina najpopularniejsza w Hiszpanii. Uprawiają go też Angielki i Niemki.

Dlaczego w Polsce jest was tak mało?

To był zawsze drogi sport. Brak też specjalistów, którzy uczyliby techniki jazdy na takim motorze. Owszem, motocykle są popularne, ale te zwykłe, kupowane przez ojców swoim synom na ich osiemnaste urodziny.  

Gdzie można trenować  ten sport?

Możliwości treningu jest bardzo mało. My, czyli członkowie Krakowskiego Klubu Cyklistów i Motocyklistów Smok, trenujemy w kamieniołomie w Miękini lub w Pychowicach.  

Jakie cele stawia Pani sobie jako zawodniczka?

W tym sezonie chcę poprawić swoje umiejętności. Mam już trzy tytuły mistrza Polski w klasie kobiet i na czwartym mi nie zależy. W tegorocznych mistrzostwach Polski pojadę trasą trudniejszą, bo chcę się sprawdzić. Czekają mnie także zawody międzynarodowe – eliminacje Mistrzostw Europy we Włoszech i w Czechach. Nie planowałam startów, ale skoro w eliminacjach w Miękini poszło mi tak dobrze, trzeba próbować dalej. Może utrzymam trzecie miejsce? Miło jest mieć świadomość, że jestem pierwszą Polką i trzecim polskim zawodnikiem, który kiedykolwiek stanął na podium zawodów o randze mistrzostw Europy.

Jak się  ma trial do Pani planów na przyszłość?

Nie chcę zawodowo jeździć na motorze. Od początku kwietnia co tydzień jestem na jakichś zawodach i mam już dość. Jestem zmęczona, a żeby dobrze wypaść, żeby znaleźć w sobie motywację i zmobilizować ambicje, trzeba czuć głód jazdy. Nie chcę, żeby moje życie upływało na podróżach z zawodów na zawody. To świetny sposób na realizację pasji, ambicji, spędzenie wakacji. Ale codzienne życie warto uporządkować, mieć rodzinę, dzieci, pracę.

Więc jednak nie tylko motor i treningi.

Oczywiście, że nie. Zimą, żeby się poruszać, zaczęłam tańczyć salsę, i jak na razie bardzo mi się to podoba. Czasem mówię sobie nawet, że nie będę już jeździć. To najczęściej skutek dyskusji z tatą, albo przesyt treningów i zawodów. Robię wtedy przerwę i znów jest dobrze.

Gdybym miała typować, co robi Pani w wolnym czasie, to oczywiście byłoby to nieustanne grzebanie w motorze.

Nie robię tego i nawet nie umiem. Moim mechanikiem jest tata. Może to wstyd nie umieć naprawić własnego motoru, ale poprzestałam na znajomości reguł funkcjonowania silnika. Mam też oczywiście „babskie” zainteresowania. Kocham buty. To moja obsesja, mogę wydać na nie krocie. Lubię fryzjera i wizyty u kosmetyczki. Motor nie musi odbierać kobiecości i oznaczać brudne paznokcie czy potargane włosy.

Czy w takiej dyscyplinie sportu kobiety mogą skutecznie rywalizować z mężczyznami?

Oczywiście. Hiszpanka, która wygrała w Miękini w trudniejszej grupie, wygrywa ze wszystkimi mężczyznami jeżdżącymi w Polsce. Jedynym, którego nie pokonała, jest Tadek Błażusiak, który wycofał się już z czynnego trialu. Ja także jeździłam z mężczyznami, bo kiedy zaczynałam, byłam jedyną dziewczyną. Kiedyś wygrałam z bardzo ambitnym chłopakiem. Po zawodach rzucił motor i powiedział, że skoro przegrał z dziewczyną, przestaje jeździć. Chyba mówił poważnie, bo trwa w tym postanowieniu od pięciu lat. Lubię rywalizować z mężczyznami. Mam wtedy taki luz, bo wiem, że nawet jeśli przegram, nie będzie mi wstyd. Nie przepadam za dziewczynami. Wiem jakie są, choćby po sobie. Z facetami łatwiej się dogadać.  

  

 




Rozmawiała: Anna Laszczka
Fot. Paweł Iwaniec

MIASTO KOBIET, wyd. nr 4/2009 (30) lipiec-sierpień
www.miastokobiet.pl