Log in

  • Published in Pamietnik

Zima nieubłaganie zbliża się wielkimi krokami. Sezon jednak się nie kończy! 28 listopada postanowiłyśmy z koleżanką z Forum Motocyklistek (forum.motocyklistki.pl) spotkać się „w realu”. Wprawdzie cała wyprawa miała odbyć się już tydzień wcześniej, ale Zakręt nie miała jeszcze papierów. Plan był prosty. Sławka jest z okolic Trójmiasta, ja z Koszalina, żeby było sprawiedliwie, postanowiłyśmy spotkać się gdzieś po środku. Miałyśmy kilka propozycji: Słupsk, Ustka, Bytów. Wreszcie trzecia opcja wygrała. Nie bez przyczyny zaproponowałam Bytów... Miasteczko to ma swój klimat. Także trasa z Koszalina do Bytowa jest interesująca.  


28 listopad 2009 roku, w sobotni poranek, pogoda nie była rewelacyjna. Nie mogłam jednak wycofać się w ostatniej chwili, mówiąc, że „jednak nie jadę”. To nie w moim stylu. Szczególnie, że ostatnimi czasy, w moim życiu, na pierwszym planie jest motocykl. Choć  właściwie, nie byłam pewna, czy jeszcze w tym roku kalendarzowym  wsiądę na maszynę. A nawet gdy pojawiały się myśli o małych podróżach, nie zakładałam żadnych wycieczek powyżej, powiedzmy, około 50 km. Tymczasem los chciał inaczej... Z Koszalina do Bytowa miałam do pokonania około 112 km. W dwie strony dawało to razem 224 km.

Temperatura sięgała ledwo co 6 stopni, niebo było pochmurne, dobrze, że nie padało. Mokry i śliski asfalt nie sprzyjał przyczepności. Nie wspomnę o wietrze. Zdecydowanie brakowało odrobiny słoneczka.  Jednak chęć wyjazdu była silniejsza, niż racjonalne myślenie. Oczywiście kilka osób odciągało mnie od pomysłu wyjazdu, patrząc jak na wariatkę, która znowu sobie coś ubzdurała. Tak jakbym nie miała nic innego do roboty. Dla wielu ludzi (nie motocyklistów) sama wizja podróży w ostatnie listopadowe dni jest już absurdem. Przecież sezon się dawno skończył...

Pojechałam sama, więc mogłam spokojnie jechać własnym tempem. Ruch na trasie do Bytowa był mały. Przygód jednak nie zabrakło. Na jedynym (jakie do tej pory znałam) rondzie w Miastku pojechałam w złym kierunku, nadrabiając przez to kilka kilometrów. Trasa zajęła mi około 1 h i 10 min. Uważam, że to całkiem niezły wynik. Muszę się przyznać bez bicia, że wolno nie jechałam... Wszystko dlatego, że umówiliśmy się na zamku w Bytowie na godzinę 12,   tymczasem ja dopiero o 12 ruszyłam z domu... Wcześniej bywałam już kilka razy w okolicach tego zamku. Jednak kończąc pierwszy etap podróży, nie obyło się bez szukania zamku. Przejechałam Bytów wzdłuż i wszerz, tracąc kolejne cenne minuty. Na szczęście, tym razem, dokładnie zapamiętałam, dojazd i mam nadzieję, że więcej nie zbłądzę w poszukiwaniach! Na miejscu, czekało na mnie pięciu zniecierpliwionych motocyklistów. Hmmm... dobrze, że w ogóle na mnie zaczekali. Jakby nie patrzeć spóźniłam się dokładnie 1h i 18min.

Poznałam nowych, pozytywnie zakręconych ludzi, w różnym wieku. I kolejny raz zaznaczę jak bardzo podoba mi się to, że między motocyklistami nie ma bariery wiekowej! Łączy nas pasja do dwóch kółek. A nie dzieli fakt, czy ktoś jest studentem, dyrektorem, kierownikiem czy sprzedawcą. Wreszcie zamówiłam kawę, w końcu po to przyjechałam. Spędziłam kilkadziesiąt cudownych minut z ciekawymi ludźmi. Z koleżanką ustanowiłyśmy zameczek w Bytowie naszym stałym miejscem spotkań. Mam nadzieję, że wiosna przyjdzie szybko i często będziemy tam gościć. Czas, w miłym towarzystwie, płynął nieubłaganie. Należało podjąć decyzję o powrocie. Tak bardzo nie chciało mi się wracać do szarej rzeczywistości, że postanowiłam pojechać część trasy z nowymi znajomymi. Tym sposobem z zaplanowanych 220 km dobiłam do ponad 320. Wyszła mi zupełnie nieplanowana przejażdżka po Kaszubach. Podróż, która wywołała wspomnienia z wakacyjnej wyprawy...

Muszę przyznać, że Virażka radziła sobie całkiem nie źle. Szczególnie, że podróżowałam między motocyklami... hmmm ujmę to delikatnie „nie swojego gatunku” (np. Suzuki GS 500F czy Yamaha YZF 1000). W efekcie euforii z jazdy zagalopowałam się aż pod Kartuzy. Niestety , nie mogłam wiecznie odwlekać momentu rozstania. Prędzej czy później musiał on nastąpić. I tak oto na jednym ze skrzyżowań ja pojechałam w lewo na Słupsk, a reszta ekipy w prawo na Trójmiasto.

Do pokonania miałam jeszcze około 130 km. Przygód nie było końca. Przede wszystkim nie wiedziałam, gdzie dokładnie jestem. Gdzieś między Kartuzami a Słupskiem... Zajechałam na stację benzynową, musiałam napoić Motóra. Napisałam też smsa do domu, że powoli wracam z okolic Kaszub. Ruszyłam w samotną jesienną i wieczorną podróż. Robiło się coraz zimniej i ciemniej... cały czas było mokro... momentami ślisko. Dumnie i dzielnie jechałam, pewnie wielu puszkarzy patrzyło ze zdziwieniem „co za samotny wariat na motocyklu”.

Kilometry sprawiały wrażenie coraz dłuższych odcinków. Z tablic informacyjnych wynikało, że do Słupska tylko 56 km. Wydawało się być blisko a podróż coraz bardziej się dłużyła. Nadszedł też moment kryzysu. Nie czułam się bezpiecznie w miejscach, których nie znałam, aż tak dobrze. Szczególnie jeden odcinek utkwił mi w pamięci. Trasa, którą jechałam w wakacje. Wtedy za dnia, w towarzystwie plecaczka i przy ładnej pogodzie. Tym razem sama, zimną wieczorną porą. Nie minął mnie ani jeden samochód. Z prawej las, z lewej las... ciemno, mokro, wiało chłodem. Pomyślałam sobie „gdzie ja w ogóle jestem i co ja tu robię?”. Tak na dobrą sprawę, gdyby w tamtym momencie przydarzył mi się jakiś „nieplanowany wypadek” nikt by mnie nawet nie znalazł. Z jednej strony zaczęłam zastanawiać się nad mówiąc potocznie „wszystkim”, zadając sobie pytanie „po co mi to było?”. Z drugiej strony gnałam dalej przed siebie, by jak najszybciej poczuć się bezpiecznie. Nie ukrywam, że te kilkadziesiąt samotnych i wieczornych kilometrów w nieznanym wzmocniło mnie. Teraz wiem, że mogę więcej od siebie wymagać. Niektórzy po prostu nie zdecydowali by się na taką podróż. Ja wróciłam cała i zdrowa, ba nawet pozostał niedosyt. Patrząc na tą podróż, z perspektywy czasu, jeszcze bardziej jestem dumna, że poradziłam sobie.

Trasa z Słupska do Koszalina, nie była już taka emocjonująca. Może i lepiej? odpoczęłam od myśli, zaprzątających głowę. Czułam się bezpiecznie jak w domu, mimo że do pokonania było jeszcze 70km. Odcinek Słupsk – Koszalin znam dobrze. Często jeżdżę tą drogą samochodem czy motocyklem. Nie spieszyłam się, bo nie było po co, bardziej zmarznięta i tak być nie mogłam. Jechałam spokojnie około 70 km/h. Do domu wróciłam dokładnie o 17:45. Było ciemno i mroźno. Cieszyłam się, że byłam już na miejscu. Pozostało wstawić motocykl do garażu...

Szkoda, że zima zbliża się wielkimi krokami. Szkoda też, że znajomych mam tak daleko... Aby się z nimi spotkać, często, muszę nadrabiać kilkadziesiąt kilometrów. Taką zimową porą zastanawiam się, gdzie jest granica przyjemności jazdy na motocyklu? Bo czy przyjemna może być podróż w deszczu, po ciemku i samej przy temperaturze bliskiej 0 stopni? Bez podgrzewanych manetek, bez owiewek. Dla mnie jeszcze może. Ale ciągnąc ten temat. Jak długo taka podróż może być przyjemnością? 10 km, 20 km? Przyznam się, że przy 130 km zaczęłam wątpić. W końcu wróciłam zamarznięta. Nie było to nawet zamarznięcie do szpiku kości. To było zamarznięcie przez szpik kości na wylot! Ponad trzy godziny grzałam się, pijąc gorącą herbatę, w dalszym ciągu zastanawiając się nad granicą przyjemności jazdy na motocyklu. Jednak w ciepłym domku, po udanej podróży, wniosek mógł być tylko jeden. Te 130 km zdecydowanie nadal jest przyjemnością. Poczułam, że osiągnęłam mały sukces. Takich sukcesów i wam życzę! Jest o czym myśleć, jest co wspominać... To nie będzie moja ostatnia zimowa podróż!

* z piosenki Grabaż i Strachy na Lachy „Mamy tylko siebie”.

Tekst i zdjęcia: Fryta