Log in

  • Published in Pamietnik

Na początku się przedstawię, żebyście obraz postaci mieli. Imienia raczej nie używam. Mówcie mi Fryta. Aktualnie, gdy zaczynam te bazgroły, jest 2009 rok, wrzesień jakoś. Ja mam na karku 23 lata. Nie czuję się ani młoda ani stara. Niektórzy w moim wieku zakładają rodziny. Część koleżanek jest już dzieciatych (kolegów zresztą też). Ja poszłam w innym kierunku... zafascynowałam się motocyklami. Nie urodziłam się motórzystką, po wielu poszukiwaniach znalazłam swoją pasję. Postanowiłam podzielić się nią z Wami. Opowiedzieć o swoich podróżach i o przemyśleniach, jakie przy każdym wyjeździe się pojawiają. A może ktoś, dzięki moim relacjom, inaczej spojrzy na motocyklowy świat? Chciałabym za pomocą portalu motocyklistki.pl przekazać Wam luźne historie powyrywane z mojego motórowego życia. Będzie o początkach motórowania, będzie o nauce jazdy, będzie o wolności...

Patrzę  na świat zupełnie inaczej...


Prawdę  mówiąc moja motocyklowa przygoda dopiero się rozpoczyna, choć  uważam, że zrobiłam więcej kilometrów niż nie jeden, jak go nazywają „prawdziwy motocyklista”. Nie mam bogatej przeszłości motocyklowej. Na zlotach byłam ze dwa razy, jeszcze jako nieletnia. Rodzice ani nikt z rodziny nie był zafascynowany motocyklami. Do wszystkiego doszłam sama i świadomie. A zaczęło się od...

2007 rok (jakoś początek wiosny), telefon od kumpla – Hej Fryta, robisz ze mną prawko na motocykl? 1000 zł kosztuje. Masz kasę? Zaczynamy za tydzień.. Od zawsze byłam i nadal jestem otwartą  osobą a nowe wyzwania nie stanowią większego problemu, zgodziłam się od razu. I tak zaczęła się przygoda, można by rzec, że w odwrotnej kolejności, bo... od kursu. Potem minęły długie miesiące zanim pojawiła się moja maszyna.

Sezon rozpoczęłam w grudniu 2008 r. Wtedy zasiadłam pierwszy raz za sterem swojego motóra. Początki nie były łatwe. Zima, niska temperatura, nadchodził wieczór a ja po ponad rocznej przerwie usiadam na (jeszcze wtedy obcym) motocyklu. Nikt mnie nie pytał, czy poradzę sobie, czy nie przewrócę się. Wsiadłam i pojechałam. Nie było wyjścia. Musiałam odtransportować Virażkę 10 km dalej do garażu, gdzie miał przeczekać do wiosny. Rankiem było już lepiej. Słoneczko świeciło, jakieś sześć stopni powyżej zera. Dopiero teraz, gdy motór w pełni należał do mnie, mogłam przyjrzeć mu się bliżej. Technicznie był sprawny, przynajmniej wtedy. Zrobiliśmy honorową rundę dookoła okolicy. Na wiosce dziwnie się na nas patrzeli.  Żeby było śmieszniej, połowa grudnia a ludzie powskakiwali na quady i skuterki. I tak o to, zimową porą, motórzyli wszyscy.  Zauważyłam jednak, że moja Virażka jest zaniedbana. Pewnie stąd ta cena. Wzięłam ją pod swoje skrzydła...

Tego dnia przekonałam się, że MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ, ale trzeba im w tym pomóc. chciałabym podziękować: Rodzicom –  za wsparcie finansowe, Cioci i Wujkowi za wsparcie garażowe, Szymkowi za wsparcie psychiczne i fizyczne oraz Frytce (nie sobie, koledze motocykliście) za wsparcie techniczne. Jest motór!! Niestety zaraz po zakupie trzeba było się rozstać i osobno przeczekać do wiosny.  Motocykl został niedaleko Kalisza, a ja po zimowym urlopie wróciłam do Koszalina.

Minęły długie trzy miesiące... do wiosny. Odliczałam dni, kiedy pojedziemy po motór i na serio rozpoczniemy sezon.  Były trzy plany, jak go przetransportować do Koszalina. Pierwszy zakładał wspólny wyjazd z Frytką jednym motocyklem a powrót dwoma. Drugi, że pojedziemy we dwie osoby samochodem a wrócimy razem „konwojem”. Trzeci, że po prostu zamówię firmę transportową. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, pierwszy plan spodobał mi się najbardziej, bo był... najbardziej szalony. Jednak, jeszcze wtedy, musiałam pomyśleć racjonalnie. Przede wszystkim nie wiedziałam jak motocykl przeżył zimę, czy odpali w ogóle? W końcu stał trzy miesiące w garażu... Postanowiłam (również za namową najbliższych) skorzystać z lekko zmodyfikowanego trzeciego planu. Pojechałam pociągiem do Kalisza. Tam umówiony był kierowca. Zapakowaliśmy motór do busa i obraliśmy ster na Koszalin. Do domu dojechaliśmy około godziny 18. Jednak znów nie pobyliśmy razem długo, bo musiałam iść do pracy. Najważniejsze, że sprzęt był już na miejscu. Teraz musiałam przypomnieć sobie, czego uczyłam się na kursie...

Łatwo mówić, trudniej zrobić.... 

Wszystko było piękne, wreszcie razem nic tylko wsiąść i zdobywać  świat! Tymczasem... Bałam się sama brać maszynę i jeździć... chociażby wokół domu. Przerażał mnie ten żwir i piasek, nie wspominając o wyjeździe z garażu (pod górkę). Właściwie wszystko mnie przerażało... Momentami myślałam, że to nie był dobry pomysł – taki zakup. Ale małymi krokami... i powoli przełamywałam się. Zaczęłam od zera, choć z uprawnieniami w ręku. Ruszanie, stawanie, zawracanie, ruszanie ze skręconą kierą, ruszanie pod górkę. Ależ ta Virażka wydawała mi się ciężka. W zasadzie to sądziłam, że wszystko robię źle. To było takie męczące i wyczerpujące każde światła, każdy zakręt... Czułam się jak.. „baba za kierownicą”. Uwielbiam jeździć samochodem i sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Tym bardziej przerażało mnie to, że nie radziłam sobie z motocyklem. Musiałam podjąć decyzję. Czy rzeczywiście chcę jeździć? Czy lepiej zostawić to profesjonalistom... Cieszę, że podjęłam wtedy słuszną decyzję! Dwie gleby mnie nie zniechęciły, wręcz przeciwnie uświadomiłam sobie, że byle „kawał metalu” nie będzie mną rządzić. I to był przełomowy moment – podjęłam walkę. Zaczęłam treningi, nabrałam odwagi, wyjechałam dumnie na miasto i oto wszystko nabrało innych kolorów. Pomogło mi także motórzenie z Frytką (choć pewnie on o tym nie wie). Pojechaliśmy dwoma motocyklami na miasto. On przecierał szlaki a ja za nim... dobrze mi się jeździło. Powoli wszystko zaczęło wyglądać tak, jak to sobie wcześniej wymarzyłam... Teraz mogło być już tylko lepiej... Przekonałam się do swojej maszyny. Zauważyłam, że wreszcie to ja zaczynam nią rządzić a nie ona mną...

W tym momencie, nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie jeździć motórem. Cieszę się, że nie poddałam się w chwili kryzysu (która trwała około dwóch pierwszych tygodni razem). Tak naprawdę uczę się cały czas, choć najgorsze mam już za sobą. Teraz nauka kolejnych technik, to przyjemność. Przebrnęłam przez ten pierwszy, najgorszy  etap, gdzie część ludzi odpada z powodu braku wytrwałości w działaniu. Nie jestem motocyklistą doskonałym, ale książkę o takim właśnie tytule przeczytałam. Dużo mi wyjaśniła i pomogła.

Tak naprawdę motocykla nie mam nawet pełny rok (jeszcze). Jednak po tych jedenastu miesiącach spędzonych razem wiem jedno -  nasz sezon motocyklowy się nie kończy! Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że motocykle w Polsce, to maszyny sezonowe na wiosnę i lato. Choć rzeczywiście muszę przyznać, że polski klimat nie sprzyja jednośladom. Jesienią i zimą jeździmy mniej... Czasem, mimo szczerych chęci, jestem zmuszona odstawić maszyną na kilka tygodni. Po śniegu do pracy również nie będę jeździ... Wystarczy jednak odrobina słońca w grudniowe popołudnie a kilka kilometrów spędzonych razem pozwoli oderwać się od szarej rzeczywistości. Poza tym posiadanie motocykla to nie tylko podróżowanie, to także renowacje i naprawy. A kiedy tym się zająć jak nie w długie, deszczowe jesienne wieczory?

Szerokości!



Tekst i zdjęcia: Fryta