Log in

Z GS-a na Horneta i jazda….po Europie. Dla przyjemności i trochę z konieczności, bowiem motocykl stał się dla niej środkiem transportu na wszystkie pory roku w Irlandii, gdzie pracowała. Magda „Sarawi” i jej Honda Hornet 600. Tym razem w naszym cyklu trasy i nabieranie doświadczenia poprzez nawijane km niż rozbieranie 2oo na „części pierwsze”.

 
"Rok 2004 - przełomowa data w moim życiu, która bynajmniej nie miała nic wspólnego ze zdaniem matury i ukończeniem LO. Tu chodziło o coś zupełnie innego! W końcu miałam wybór, możliwość połączenia nauki z pracą, dzięki której co miesiąc na moim koncie pojawiało się kilkaset złotych na cel, którym nie mogło być nic innego niż motocykl. Rok wcześniej, na 18. urodziny dostałam od przyjaciela kask "na dobry początek" i zapisałam się na prawo jazdy, w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi. To miał być pierwszy poważny krok w kierunku mojej przygody z motocyklami. Do tej pory ograniczałam się jedynie do jeżdżenia jako pasażer, choć muszę przyznać, że w tej kwestii miałam już spore doświadczenie. Pamiętam, jak w któreś wakacje przyjechał na motocyklu spod Mestre we Włoszech mój znajomy, Emanuel. Dystans, który pokonał na swojej nowej, "swieżutkiej" Aprilii, był dla mnie wtedy niewyobrażalną trasą, stwierdziłam, że jest szalony. Tym bardziej, że jest przecież tyle innych, ciekawszych miejsc do zwiedzenia w Europie, dlaczego akurat Polska? W międzyczasie przeglądałam różne fora motocyklowe, nierzadko zadając głupie pytania - z perspektywy czasu widzę, że musiały brzmieć naprawdę śmiesznie, ale nie spodziewałam się, że tyle osób będzie chciało pomagać "jakiejś dziewczynie", doradzać jej przed kupnem swojego pierwszego motocykla. Już w okresie przed-motocyklowym udało mi się dzięki temu poznać wielu fantastycznych ludzi.
 
Któregoś dnia w moim garażu stanęło czerwone Suzuki GS 500 - troszeczkę sponiewierane przez życie, ale moje, moje własne! Nie zniechęcał mnie nawet fakt, że motocykl psuł się regularnie co kilka dni :) Choć tak naprawdę, jeśli kogokolwiek miałoby to zniechęcić, to mogli być to tylko moi koledzy, do których dzwoniłam za każdym razem, kiedy miałam obawę, że "ups, chyba coś się stało". Suzuki było studnią bez dna - właściwie wszystko, co tylko mogłam w nim wymienić, naprawić - zrobiłam. I wtedy po głowie zaczęła mi chodzić Honda Hornet. Pamiętam ironiczne "powodzenia" wypowiedziane z ust mojego kolegi, kiedy podzieliłam się z nim moim nowym pomysłem. Tak, przyznał mi rację - to świetny pomysł, ale chyba powinnam być realistką. Realistką? - przecież to bez sensu :) - w maju 2006 spakowałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy w jedną, dużą torbę i wyjechałam "szukać szczęścia" - czyli pracy za granicą, dzięki której posiadanie Hondy Hornet mogłoby się urzeczywistnić. Cztery miesiące później gładziłam po niebieskim baku mój śliczny nowy nabytek, a Suzuki przeszło w posiadanie nowej właścicielki. Dopóki jednak na motocykl mnie stać nie było, jeździłam na tylnym siedzeniu Hayabusy mojego irlandzkiego Przyjaciela, z którym w lecie 2006 "przypadkiem" dotarliśmy nawet do Polski :) - udało nam się po drodze zwiedzić Berlin i poznać fantastycznych ludzi (motocyklistów) z Włoch. Zamierzam kiedyś skorzystać z zaproszenia na ich coroczny zlot pod Milano organizowany przez Moto Club Pandino.
 
Mój pobyt w Irlandii bardzo dużo wniósł w moje motocyklowe doświadczenie. Po pierwsze, z planowanych wakacji na wyspie zrobiły się dwa lata - dwa lata jeżdżenia na motocyklu CODZIENNIE, bez względu na porę roku i pogodę. Pokonywałam dziennie ponad 120 km. Najgorszym okresem był grudzień-styczeń, kiedy przejechanie 60 km na motocyklu równało się z cudem - minusowa temperatura, oszronione drogi, czasem padający śnieg z deszczem, ciemno. Podtrzymywała mnie tylko myśl "zaraz będę w domu, zaraz wejdę do wanny z gorącą woda" - dziś mogę śmiało powiedzieć, że to była głupota, a nie odwaga :) Ale, niestety, motocykl był moim jedynym środkiem transportu, więc nie miałam wyjścia. Oprócz tego udało mi się poznać grupę irlandzkich motocyklistów, z którymi w każdy weekend przemierzałam wyspę wzdłuż i wszerz. W ciągu półtora roku z 20 000 km, które pokazywał stan mojego licznika, zrobiło się ponad 60 000! W międzyczasie zaliczyłam 100-lecie wyścigów TT na wyspie Man - niesamowita impreza, niezapomniane wrażenia! Raj dla motocyklistów - niewiele samochodów, żadnych ograniczeń, żadnej policji i miliony, miliony motocyklistów i ich maszyn. W końcu nadszedł czas powrotu. Mój Hornet zmienił się w ciężarówkę i ruszyliśmy w kierunku Polski. Ale trochę naokoło - miałam w planie wakacje po drodze, więc po dostaniu się na „kontynent europejski” :) planowałam udać się najpierw na południe Francji. Pamiętam dobrą radę mojego kolegi zaraz przed wyjazdem "weź sobie jakieś przeciwdeszczówki" - ale po co? Środek lata, jeżeli gdzieś złapie mnie deszcz, to może być to tylko Anglia. O dziwo, Anglię minęłam w słońcu, a wjazd do Europy był początkiem mojej "tragedii" - prawie 3000 km w ulewnym deszczu, gradzie i burzach. W połowie Francji zrezygnowałam z pomysłu "słonecznego" Lazurowego Wybrzeża w lipcu i skierowałam się w stronę Włoch. Deszcz jednak miał chyba identyczne plany i wędrował dokładnie tam, gdzie ja. Jedynie w Paryżu i Wenecji udało mi się na chwilę usiąść i nacieszyć się ładną pogodą. Najbardziej żałuję jednak, że odcinek między Francją a Szwajcarią pokonałam w deszczu, ponieważ okolice Jeziora Genewskiego, to naprawdę piękne miejsce i raj dla motocyklistów. Do domu dojechałam po kilku dniach - mokra, zmęczona i zawiedziona. Ale szczęśliwa, że jestem w domu i udało mi się zmierzyć samej ze sobą, a motocykl nie zawiódł. Polskie drogi jednak niemiło mnie zaskoczyły - chyba przywykłam do europejskich standardów i ciężko jest mi czuć się bezpiecznie jadąc po dziurawych, nierównych drogach naszej pięknej Ojczyzny.
 
Po kilku latach posiadania i jeżdżenia na motocyklu już wiem, do czego tak naprawdę ma mi on służyć - jeżdżenie po Europie, zwiedzanie różnych zakątków naszego kontynentu, nowych miejsc, miast to wielka frajda. Chociaż kto wie, może kiedyś uda mi się dotrzeć gdzieś poza granice Europy?"
 
Sarawi

 

 

Foto: zdjęcia prywatne bohaterki
Tekst: motormax.pl