Log in

Może  nie uwierzycie, ale zakup motocykla od zawsze był moim marzeniem. Było dla mnie czymś naturalnym, że kiedyś kupię sobie motocykl. Mój dziadek był kilkanaście lat mechanikiem sekcji żużlowej Stali Rzeszów, tata jeździ  na XJ 600, tak więc temat motocykla był w mojej rodzinie czymś naturalnym. Nie znaczy to jednak, że gdy postanowiłam zrobić prawo jazdy na motocykl, wszyscy byli z tego powodu szczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Kurs na prawo jazdy zrobiłam w klasie maturalnej, a egzamin zdałam... 5 lat później ;)

Na motocykl musiałam zapracować sobie sama, na wszystkie związane z nim koszty również. Ale było warto.

Na  początku myślałam o zakupie Hondy Shadow VT500 albo Yamahy Virago 535, ale niestety warunki finansowe nie pozwoliły mi na taki wybór. Przeglądając ogłoszenia w Internecie, trafiłam na XJ 750 Midnight Maxim. Otworzyłam link ze zdjęciem i się zakochałam od pierwszego wejrzenia. To było to! Motocykl o wyglądzie choppera ze sportowym rzędowym silnikiem, 86 koni mechanicznych. Stwierdziłam, że dam radę :)

Pojechaliśmy po motocykl do Radomia. Zabrałam ze sobą kilku kolegów, którzy znali temat i wiedzieli, na co zwracać uwagę przy kupnie moto. Po wstępnych oględzinach, „stargowaniu” ceny i dobiciu targu, zapakowaliśmy motocykl na pakę w busie i przywieźliśmy do Lublina. Po trzech dniach mycia, czyszczenia i polerowania motocykl zaczął wyglądać tak jak powinien. Dookoła słyszałam tylko, że motocykl za ciężki,za mocny i zdecydowanie nie dla dziewczyny, choć na szczęście było też kilka osób, które wierzyły we mnie od początku...
Prawda była taka, że nie miałam z większych problemów z opanowaniem go.   

Motocykl prowadził się dobrze, czasami uczył pokory - ale to dobrze, bo dzięki temu nauczyłam się,  jak z nim współpracować. Jego waga (240 kg) dawała o sobie znać tylko wtedy, kiedy „niechcący”zaparkowałam sobie „z górki”i trzeba było wypchnąć ją nogami, żeby wyjechać. Teraz zanim zaparkuję, to zastanowię się 3 razy, czy dam radę to zrobić :) Naukę jazdy na mojej ukochanej Maximce przezornie zaczęłam w lutym. Postanowiłam, że na otwarcie sezonu w kwietniu pojadę na własnym moto... i udało się.    

Teraz zacznę drugi sezon i jest super :) Motocykl co prawda ma swoje lata (83 rok), ale zdecydowanie po nim tego nie widać. W sezonie 2007 byłyśmy razem na ok. 7 zlotach, w tym na Słowacji nad Zemplińską Siravą.    

Gdy akurat nie było zlotu, jeździłyśmy np. po  Bieszczadach albo Pogórzu Dynowskim, a kiedy byłam w Lublinie, jeździłam w okolice Nałęczowa i Kazimierza.   

Motocykl do tej pory mnie nie zawiódł. Jedyne co się stało, to w sezonie spalił mi się bezpiecznik od lampy. Co prawda sezon nie przebiegł bezkolizyjnie, bo miałam dwa małe ślizgi, ale  nic poważnego się nie stało.
   
Należę do tych szczęśliwców, którzy nie muszą martwić się o naprawy motocykla.
Mój tata jest mechanikiem i właścicielem warsztatu mechaniki pojazdowej, więc motocykl jest regularnie sprawdzany pod względem technicznym. Jeżeli chodzi o jakieś drobne usterki, które mogą się zdarzyć na trasie, daję sobie radę sama.
   
Obecnie kończę studia w Lublinie i panuje wrócić do mojego rodzinnego Rzeszowa. W tym sezonie jeszcze pewnie mi się nie uda, ale myślę, że na następny kupię drugi motocykl :) Będzie to pewnie Honda Shadow 1100 albo Suzuki  Intruder 1400 – jeszcze zobaczymy.
Mimo to mam nadzieję, że nie będę musiała sprzedawać mojej Xjot-ki :)

Tekst: Malina