Log in

Trasa: Warszawa – Zilina – Wien – Graz – Klagenfurt – Villach – Iselsberg – Grossglocknerstrasse – Iselsberg – Nockalm - Radstädter Tauern – Iselsberg - Cortina d’Ampezzo – Iselsberg – Villach – Klagenfurt – Graz – Wien – Zilina – Wisła - Warszawa


Moja przygoda z Alpami zaczęła się dużo wcześniej przed wyjazdem... Tak jak na większość wyjazdów klubowych, taki i w Alpy zapisałam się bez zastanowienia.
Liczą się przecież ludzie, atmosfera oraz kilometry przejechane razem, a nie miejsce docelowe. Jak się okazuje, była to trafna decyzja, bo gdybym się wcześniej zagłębiła w szczegóły dotyczące trasy, jaka nas czekała, na 100% nie odważyłabym się wyruszyć w taką podróż. 

 
Tylko jak gdziekolwiek jechać, kiedy się nie ma motocykla? Termin wyjazdu zbliżał się nieubłaganie. Został tydzień, a wymarzonego motocykla nie mogłam wciąż znaleźć. W ostateczności czekało mnie plecaczkowanie, lecz każdy motocyklista wie, że jak raz zakosztuje się motocyklowej wolności, to już jazda w tandemie nie jest tym samym :)
 
Do tego czekał mnie wyjazd służbowy, więc jak tu coś znaleźć?? Optymistycznie pomyślałam - no nic, może motocykl sam mnie odnajdzie...
Drugiego dnia podróży służbowej dostałam sms-a od mojego Taty "Mam coś, ale więcej jak wrócisz".
Brzmiało ciekawie, do Warszawy wróciłam po 17:00,  jeszcze czekało mnie spotkanie w szóstkach z kolegami z klubu (w jednej z kawiarnii dla motocyklistów). 
Po 19:00 Tata zasugerował, że może pojechalibyśmy zobaczyć ten motocykl, bo jest on niedaleko Warszawy. Stwierdziłam: „Ok, ale Ty prowadzisz, bo ja jestem wycieńczona podróżą oraz atrakcjami, jakie miałam tego dnia”.
 
Jak się okazało, motocykl oczywiście był dużo dalej niż bliżej, był duuuuużoooo dalej... 
Efekt - wariatów nie sieją, sami się rodzą ;) Motocykl oglądałam po godz. 23:00 w blasku reflektorów samochodu i cóż... była to miłość od pierwszego wejrzenia :)
Załatwianie spraw biurokratyczno - logistyczno - urzędowych sprawiło, że moja żółtą „Bee” miałam gotową do jazdy na 2 dni przed godziną zero. A przecież powinnam jeszcze się wjeździć... AAAAA!!!!
 
Organizator eskapady stanął na wysokości zadania, przesyłał wspierające smsy typu: „Twardzielu, dasz radę”. Mhh... Powstawał też drugi problem - jak klub zaakceptuje śmigiełko na baku, a nie błyszczące „S” (jeżdże z przyjaciółmi z SuzukiCruiserClub)??
 
Dzień przed wyjazdem rozmawiałam z koleżanką z klubu - Sylwią, a jej pierwszymi słowami były „Widziałaś te trasy? Matko... ja nie wiem jak sobie dam radę. Wjechać ja tam wjadę, ale co dalej? Najwyżej usiądę sobie na kamieniu, zacznę płakać i ktoś zjedzie moim moto...”. MATKO!!! Jak to Ona - taka doświadczona motocyklistka - i jest przerażona!?! Jej przerażenie zaczęło mi się udzielać. 
 
Całą noc nie śpię, żołądek kurczy mi się do niewiarygodnych rozmiarów, jakby miał zaniknąć... Najgorsze jest to, że cały czas powtarzam sobie „ŚPIJ, musisz mieć siłę, by pokonać ten dystans”...
Punktualnie zjawiają się wszyscy na miejscu zbiórki, pogoda taka, jakby chciała nam zrobić psikusa. Ale uśmiech z twarzy nie schodzi nikomu. Moja „Bee”, gdyż tak nazwałam mój motocykl, zostaje przygarnięta do grona Suzuki. Uffff.... ;)
 
Ruszamy, tuż przed Częstochową dostaję znak od kolegi, jadącego za mną Igora "Stawaj natychmiast". Serce zaczyna mi walić, adrenalina skaczę, wyobrażam sobie najgorsze. Jak się później okazuje„śmigiełkowy” serwis zawiódł, moja rejestracja zamiast wisieć na dwóch śrubach, dynda sobie i w sumie nie wiadomo dlaczego jeszcze jej nie zgubiłam?!?
Jedziemy dalej, formujemy szyk... Niestety polskie drogi nie dają o sobie zapomnieć, każdy kilometr przypomina walkę o życie w dżungli, koleiny, frezowanie, inni kierowcy... Lecz największe atrakcje czekały na nas tuż przed Katowicami - koleiny na drodze, których chyba nie można nazywać koleinami, lecz rynnami, po których zjeżdżają bobsleiści! Zatrzymujemy się na południu Polski, gdzie witają nas inni koledzy z klubu. Cała grupa „alpejczyków” jest już w komplecie.
 
Jemy wspólnie obiad, niestety mój stres nie mija - już myślę o jutrzejszym dniu, o alpejskich drogach... Choć już przejechałam ładnych kilka tysięcy kilometrów w tym sezonie (moim pierwszym pełnym), jakoś nie wierzę we własne siły, czuję, że cel zaczyna mnie przerastać...
Mijamy trzy granice (notabene, wszystkie mijam bez tablicy rejestracyjnej. Czy od dzisiaj nazywać mnie będą w grupie "ghost rider"?). Na Słowację, do bazy nr 1 docieramy około godz. 18:00.
 
W czasie kolacji jestem dopingowana przez jedną z uczestniczek, by jutrzejszą prędkość utrzymywać w granicach 140km/h. 
Dla większości z nich takie tempo byłoby lightowe, a dla mnie - jakby to powiedzieć - prawie astronomiczne, zwłaszcza po Junaku (Millenium 250ccm), na którym osiągałam magiczne 120km/h!
 
Dopingująca koleżanka nie ustaje w swoim działaniu, ale schodzę do podziemia i zawiązuje pakt z Nestorem (najstarszym klubowiczem) – efekt: powyżej 130km/h nie jedziemy!!!
Wieczorem grupa pada szybko i o dziwo na placu boju z 14 osób zostaję tylko ja i Igor, mój alpejski mentor, od którego otrzymuję ostatnie wskazówki, po których powraca wiara w siebie.  
Czeka mnie długa noc, 740km i wymarzone Alpy... 
 
 
DZIEŃ DRUGI - Niedziela – 740km

 
Śniadanko mieliśmy o świcie (7:30 to nieludzka pora, jak na urlop), o 8:00 wszyscy są już spakowani, siedzą na motocyklach i czekają, aż organizator zacznie zakładać kask to znak, że czas odpalać maszyny). 
Pierwsze 100km przejeżdżamy przez zamgloną i chłodem powiewającą Słowację.
 
Postanowiłam wypróbować podgrzewane manetki i po chwili stwierdzam, że jest to wspaniały wynalazek. Jeden z kolegów tak skostniał, że nie mógł włączyć przełącznika tego fantastycznego urządzenia. Na całe szczęście nim sople zaczęły dyndać nam z nosów, zza gór wyszło słońce i znowu poczuliśmy, że jedziemy na południe. Kilometry mijały, co magiczną godzinę/100km zatrzymujemy się z hasłem „tolerancja dla palaczy" i dla własnych kości ;) Nim się obejrzeliśmy minęliśmy Bratysławę, potem Wiedeń.
 
Podczas jednego z postojów zostałam pochwalona przez „dopingującą koleżankę”, dosiadającą GSR600, iż ładnie mi idzie rozwijanie prędkości. Uśmiechnęłam się tylko nie komentując, iż mojego paktu z Nestorem nie złamię. Nie wiedziałam, że to dopiero początek czekających mnie dzisiaj atrakcji...
 
Zaczęły się zakręty, nie łuczki, tylko prawdziwe zakręty, takie szybkie jeden po drugim, raj dla doświadczonych motocyklistów. A dla mnie - cóż... przy 140km/h... Powiem tak - nie wiedziałam, że znam tyle przekleństw i niestety poddałam się. Grupa poleciała, a ja ten odcinek postanowiłam pokonać własnym tempem w granicach 120km/h.
 
Na kolejnym postoju otrzymałam tysiące rad typu: za słabo się pochylasz, głowa w zakręcie niżej, ścinaj zakręty, spokojniej operuj gazem itd. Dziękowałam, lecz jak tu spamiętać wszystkie rady i od razu zacząć je stosować? Nie było łatwo, ale w końcu, nie od razu Rzym zbudowano :)
 
Na motocyklach siedzieliśmy już ponad 7 godzin, na każdym postoju otrzymywaliśmy od organizatora wciąż tę samą odpowiedź: "jeszcze 200 km". 
Zaczęło nas to niepokoić, gdy naszym oczom ukazał się znak „granica włoska”. Około godziny 17:00 zjechaliśmy z autostrady i wjechaliśmy w piękną dolinę - otaczały nas góry, a trawa była tak nienaturalnie zielona... Nie wiedzieliśmy, czy to jawa, czy sen. Co ciekawe na drodze było coraz więcej motocyklistów, był to znak, że zbliżamy się do raju dla bikers'ów - czyli „Zakrętolandii”. Pokonywaliśmy pierwsze agrafki, które po przejechaniu 700 km przysparzały przyspieszonego bicia serducha.
 
Organizator dał znak: „zwolnijcie”, włączył kierunkowskaz i już byliśmy na miejscu. Przed nami ukazał się niesamowity widok - Alpy mieniące się w blasku promieni słonecznych.
Właściciel gesthausu spisał się na medal, u progu witając nas regionalną grappą. Był to wspaniały gest, który po 740 km BARDZO doceniliśmy, krążenie w naszych organizmach od razu zaczęło wracać do normy. 
 
 
DZIEŃ TRZECI  - na podbój Grossglocknerstrasse - 340km 
 
Pierwszego dnia alpejskiego, organizator wyjazdu postanowił wybrać jego zdaniem najtrudniejszą trasę.
Mieliśmy zdobyć lodowiec Grossglockner. Nim to jednak się stało, pokonywaliśmy przepiękne doliny, dookoła otaczały nas góry, wodospady, malownicze miasteczka. Naczelny fotograf tego wyjazdu (Basia), przesiadła się do Igora. Motocyklista ten był bardzo dzielny, gdyż pchełka, która się z tyłu kręciła, dawała mu do wiwatu. Zamiast składać się w zakręt, odchylała się w drugą stronę, bo "o.. ciekawy krzaczek", a to myślała, że to świstak co tę czekoladę w sreberka zawija, gdzieś tam sobie siedział. Oj - walczył kolega, walczył z prawami fizyki.
 
Staraliśmy się nasycić każdym pokonywanym kilometrem. Gdy zbliżaliśmy się do bramek wjazdowych na Grossglocknerstrasse, naszą idyllę przerwał wypadek motocyklowy - jakiś ścigacz nie wyrobił się na zakręcie. Kierowca niestety nie przeżył. Przypomniało nam to, iż w każdej sekundzie jazdy trzeba być przygotowanym na niezapowiedziane sytuacje i dostosowywać prędkość do swoich umiejętności.
 
Organizator zarządził, by każdy pokonywał własnym tempem trasę, podzieliliśmy się na podgrupy i ruszyliśmy na podbój jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych. Ja postanowiłam jechać z Tatą na końcu. Jechaliśmy spokojnie, by móc podziwiać widoki, co nie było łatwe, gdyż trasa składała się prawie z samych zakrętów... W końcu wypatrzyłam piękny parking widokowy. 
 
Postanowiliśmy się zatrzymać, by zrobić sobie zdjęcia pamiątkowe. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że ustawiłam motocykl bardziej do zdjęcia, niż do późniejszej jazdy. I gdy już po sesji chciałam ruszyć, niestety nie mogłam go dźwignąć do pionu (alpejskie stromizny). Więc krzyczę „Tatusiu ratuj” i słyszę odpowiedź „piiii mać, nie czytałaś na forum tego, co pisałem o parkowaniu, piii...” itd. 
Dosłownie kilka sekund po tym pięknym, jakże pokrzepiającym przemówieniu, okazuje się, że nawet doświadczony motocyklista ma chwile słabości i mój Taticzek zapomniał wystawić podnóżek zsiadając z motocykla i ponad 350 kg położyło się na gmolu ;) Ja oczywiście dostałam panicznego ataku śmiechu, widząc, że sprawiedliwość jednak istnieje, za co oberwało mi się jeszcze bardziej. W końcu pomogłam poderwać motocykl. 
Do końca pętli nie usłyszałam już ani słowa ;)
 
Trasa okazała się niesamowita - żadne zdjęcia, żadne filmy nie są w stanie tego opisać. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Nie - to trzeba przeżyć na własnym motocyklu!
Zjeżdżając z lodowca, grupa dała trochę czadu, zaczęłam ich trochę gonić, zgubić się tutaj raczej byłoby niewesoło...
W końcu kątem oka zobaczyłam, że wszyscy stoją na stacji, musiałam wjechać na nią pod prąd, gdyż przejechałam przejazd. I tak już na zerowej prędkości, zapatrzyłam się na jednego kolegę, no i zrobiłam szkolny błąd - do końca skręciłam kierownicę i zaczęłam lekko zjeżdżać z podjazdu, co skończyło się położeniem motocykla. Nie wiem jak mi się to udało (nie miałam gmoli), że nogi sobie nie przygniotłam, tylko jakoś się z tego motocykla ześlizgnęłam. Straty – złamany podnóżek pasażera oraz mała ryska. Ach... a miało być tak pięknie ;)
 
Po całym dniu wrażeń i nieziemskich widoków, organizator Ślimak oznajmił: "moi mili, przykro mi, już piękniejszych tras i widoków podczas tego wyjazdu nie zobaczycie".
Byliśmy lekko zaskoczeni tym oświadczeniem, lecz cóż... czy faktycznie coś mogło ten dzień przebić?
Przeglądając zdjęcia i kosztując regionalne specjały, zakończyliśmy jeden z najwspanialszych dni motocyklowych w życiu. 
 
 
DZIEŃ CZWARTY - Nockalm und Radstädter Tauern – 360 km 
 
Wstaliśmy rano zgodnie z rozporządzeniami kierownika wycieczki, wspominając poprzedni dzień. 
Pokonywaliśmy kolejne kilometry po bajkowej krainie i muszę powiedzieć szczerze - kolega Ślimak się mylił! Nockalm i Radstädter są przepięknymi trasami i równie wymagającymi, jak wjazd na lodowiec.
 
Tego dnia miałam problemy przy pokonywaniu agrafek. Zmieniałam biegi zbyt nerwowo, z trójki wskakiwał mi luz, co sprawiało, że miałam serce na wysokości gardła, nie wspominając o skokach adrenaliny. Nie jest to przyjemne uczucie, gdy musisz dodać gazu, by wjechać pod górę agrafką, a tu zmyłka - nie masz mocy, tylko wycie silnika. To bardzo wybijało mnie z rytmu i nie czerpałam zbyt wiele przyjemności z tej jazdy. 
 
Może także ilość kilometrów oraz kumulacja atrakcji dawała o sobie znać? 
Wracając do pensjonatu, przejechaliśmy wspaniały odcinek - nad nami rozciągała się autostrada przypominająca akwedukty. O dziwo, zaczęłam też już ładnie ścinać zakręty oraz trochę bardziej się pochylać, co sprawiało mi wielką frajdę. Wskazówki od moich mistrzów zaczynały działać.
 
Wszyscy jak potulne baranki jechaliśmy za naszym „pastorem”, aż w końcu wjechaliśmy w pole kukurydzy. Nie wiem, jak on tę dróżkę znalazł na GPS?! Widoki były nieziemskie, mijaliśmy jakieś wioski, tubylcy spoglądali na nas z niedowierzaniem, chyba ostatni raz motocykle na ich drodze widzieli w latach 40... ubiegłego wieku. 
 
 
DZIEŃ PIĄTY – na podój Dolomitów – 360 km 
 
Dzień ten zaczął się dla nas jako grupy niełatwą decyzją. Jeden z kolegów troszeczkę zbyt bardzo imprezował poprzedniego dnia i musieliśmy stanowczo odmówić mu wyjazdu, gdyż byłby zagrożeniem dla siebie samego i dla nas. Niesamowite, ale pomimo męskiego ego, facet zachował się naprawdę jak mężczyzna i postanowił zostać.
 
Cały czas mieliśmy w głowach słowa Pawła, że wszystko, co najpiękniejsze już widzieliśmy. Tego dnia mieliśmy pokonać trasę tysiąca kurw czyli po włosku - zakrętów :) 45 km pokonaliśmy w ponad 2 godziny! To był hardcore. Od zakrętów kręciło nam się w głowach. Nawet nie próbowaliśmy sobie wyobrażać, jak miejscowi pokonują tą trasę zimą samochodem.
 
Podczas jazdy strategię obrałam taką, że jechałam jako trzecia, przede mną Sylwia, a prowadził Ślimak (a jego GPS to cenne urządzenie, gdyż tak naprawdę nie wiadomo było, co czyhało za następnym rogiem). 
W pewnym momencie z oczu zniknęła mi Sylwia i pokonując jeden z zakrętów, myślałam, że za nim jest prosta - i tu się myliłam, bardzo myliłam!! Była tam kolejna agrafka!!! Anioł Stróż nade mną czuwał, bo gdyby coś tam jechało, nie pisałabym dzisiaj tego sprawozdania. Co gorsza kilkaset metrów dalej jechała ciężarówka z drewnem i przyczepą, więc dziękowałam Bogu, że nie przytrafiło mi się to na kolejnym zakręcie. Od tego momentu byłam cieniem Salsy, trzymałam się jej bardzo blisko.
Gdy się zatrzymaliśmy na postój, nasze buzie nie przestawały się śmiać, nie mogliśmy uwierzyć, że takie trasy istnieją na ziemskich drogach. Ruszyliśmy dalej w stronę Włoch, które przywitały nas pięknym słońcem oraz wspaniałymi dziełami sztuki - ależ mają tam piękne samochody! Odwiedziliśmy rynek w Cortina d’Ampezzo. Bardzo mnie kusiła perspektywa skosztowania również kawy w Wenecji, byliśmy od niej tylko 150 km, z czego 40 trasami lokalnymi, a reszta autostradą, lecz niestety brakowało nam czasu... Ale nie ma czego żałować, gdyż drogi w Dolomitach są równie zakręcone jak w Alpach. 
Krajobrazy były genialne, aż człowiek chciał się zatrzymać, by móc się nasycić przyrodą. 
 
 
DZIEŃ SZÓSTY – 740 km
 
Czas wracać do domu... Wstaliśmy skoro świt, słońce dopiero wstawało, nad polami unosiła się mgła... W tak tajemniczej atmosferze żegnaliśmy się z Alpami, wiedząc, że jeszcze tutaj wrócimy.
Powrót autostradą był dla mnie bardzo męczący, zaczęłam odczuwać kilometry, wszystko jakoś tak mi się nie kleiło. Dobrze, że miałam wsparcie kolegi Igora, który na pierwszym postoju bardzo mnie zmobilizował i później na tych zakrętach, na których wymiękłam jadąc w stronę Alp, tym razem zamknęłam oponę :)
 
Był to bardzo ciepły dzień, mijaliśmy kolejne miasta, zbliżając się do Słowacji. Zrzucaliśmy z siebie wszystkie ubrania, by się nie roztopić w piekącym słońcu. Na Słowacji dwóm kolegom przygrzewało za bardzo słońce... i trochę dali czadu manetką. Nagle za motocyklem Batmana i Intruderem Kaskadera pojawiło się tajemnicze Audi. W pierwszej chwili chłopcy nie odpuszczali, bo myśleli, że ktoś chce się z nimi ścigać, ale później zapaliły się magiczne czerwono - niebieskie światełka i nie było zmiłuj.
 
Do Ziliny dotarliśmy szczęśliwie, tylko kolega Zbyszek popełnił ten sam błąd, co ja wcześniej - na podjeździe chciał zwinnie jak sarenka zakręcić, ale niestety prawa fizyki są nieubłagane i stracił podnóżek kierowcy.
Wieczorem wspominaliśmy trasę oraz przygody, jakie nam zgotowały Alpy, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec naszej podróży... 
 
 
DZIEŃ SIÓDMY
 
Jeden z kolegów z klubu bardzo się o nas martwił, gdyż nie odbieraliśmy telefonów. Niestety przez przypadek pochwalił się, gdzie jest (był w Wiśle), więc szybko naszykowaliśmy plan najazdu na to jakże piękne miejsce.
 
Przekroczyliśmy granicę i po stronie polskiej czekało nas kilka agrafek, lecz po alpejskich równych jak stół zakrętach pozostały już tylko wspomnienia... Tuż przed Wisłą daliśmy znać Pawłowi - „szykuj parking, za 10 min jesteśmy!”. I kolega stanął na wysokości zadania, choć z początku chyba myślał, że żartujemy. Jako pierwszy wysłuchał naszych wspomnień i po godzinie naszych gorączkowych relacji i opowiadań, krzyknął „dobra, dobra, przestańcie!!! Uwierzcie, żałuję, że nie pojechałem z wami!!!”.
 
Tego dnia wszyscy wróciliśmy cało i szczęśliwie do domów. Deszcz nas nie zmoczył ani nie porwała nas trąba powietrzna szalejąca tego dnia w okolicach Częstochowy. Na licznikach motocykli przybyło 3300 km i już nie mogliśmy się doczekać kolejnego wyjazdu, gdyż - dzień bez motocykla to dzień stracony. 
 
Dziękuję wszystkim Uczestnikom za wsparcie i otuchę oraz za wskazówki podczas jazdy. Dziękuję, że mogłam z Wami przeżyć iście alpejską szkołę jazdy.  
 
 
Uczestnicy wyjazdu: 
Andrzej „Ajgor” – Suzuki Intruder C1800R
Grażynka – Yamaha R6
Igor – Suzuki V-Strom 650
Kasia „Wróbelek” i Asia – Suzuki Intruder C1800R
Konrad „Kondzio” – Suzuki B-King
Marek „John Wayne” – Suzuki Intruder C1800R
Marek „Nestor” – Suzuki Intruder C800
Paweł „Ślimak” – Suzuki Intruder M1800R
Romek „Kaskader” i Basia – Suzuki Intruder M1800R
Sylwia „Salsa” – Suzuki GSR600
Weronika „LadyCruiser” – BMW F650GS (autorka wspomnień)
Zbyszek „Kawa” – Suzuki Izuma 
 
 
PS. Kilka wskazówek dla przyszłych alpejek ;) 
 
    * Jeśli wybierasz się w Alpy, sprawdź, czy w Twoim otoczeniu motocyklowym ktoś zaufany nie wybiera się również w te strony. W grupie jazda zawsze jest bezpieczniejsza, a motocykliści są bardziej widoczni. Nie wspominając już o tym, że co dwie głowy, to nie jedna :)
    * Gdy pokonujesz większe dystansy - rób sporo przerw, uzupełniaj płyny oraz witaminy w organizmie. Warto także pomyśleć o dobrym doborze ubrań (aby się nie „zagotować”, albo nie przemarznąć).
    * Postaraj się zaplanować trasę dużo wcześniej. Może warto połączyć taką wyprawę z Włochami i np. Wenecją?
    * Dziennie, by móc coś pozwiedzać i nasycić się przyrodą, a nie tylko asfaltem, warto ustalić limit kilometrów na ok. 350.
    * W Austrii jest wiele gesthausów oraz campingów przyjaznych motocyklom - warto poszperać w sieci, by znaleźć miłe i sympatyczne miejsce w rejonie, do którego się wybieramy. Ja ze swoją grupą zdecydowaliśmy się na wybór jednego ośrodka, dzięki czemu udało nam się wynegocjować dobrą cenę. Był on położony w centralnym miejscu interesujących nas tras. 

 


Test i fot.: Weronika „LadyCruiser” – na BMW F650GS