Log in

Długi czas planowałam podróż po Polsce. Przecież nie po to kupiłam motocykl, żeby stał w garażu. Staram się spędzać  z nim jak najwięcej czasu. Czasem nawet zawalam ważne sprawy. Studia, praca... mam po prostu inne priorytety. Czuję się wolna i dobrze mi z tym. Ludzie różnie na mnie patrzą. Właściwie, to nie wiem, co o mnie myślą. Odstaję od na ogół przyjętych zasad...

Plan na wakacje był prosty. W lipcu balujemy i motórzymy a sierpniu powrót do rzeczywistości, oczywiście wyszło troszkę inaczej. Z powrotem do rzeczywistości mam problem do tej pory...



MOTÓREM PRZEZ POLSKĘ

Mnóstwo motocyklistów marzy o wielkich światowych podróżach czy to po Europie, czy nawet dookoła świata. Ja także, jednak rozpoczęłam od bardziej „przyziemnych” przyjemności. Mianowicie – zwiedzić Polskę. W końcu nie bez przyczyny powstało przysłowie „cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Moja podróż właśnie potwierdza, że pięknych miejsc nie musimy wcale szukać daleko...

Wszystko rozpoczęło się w moje ostatnie studenckie wakacje a jednocześnie pierwszy pracowniczy urlop mojego plecaczka. Początkowo plan zakładał wyjazd na Open Air Festival do Gdyni, następnie Kaszuby i Kujawy. Dalszego planu nie było... nie wiedziałam jak sprawdzi się maszyna, w takiej podróży. Wolałam nie planować za dużo, by potem nie być rozczarowaną, że coś się nie udało...

Ruszyliśmy z Koszalina we dwójkę, w piątek wieczorem. Dokładnie około godziny 18. Wcześniej należało sprawdzić bagaże oraz motór. Skoro wszystko było dopięte na ostatni guzik... mogliśmy rozpocząć wyprawę. Byliśmy na wakacjach, więc nie wymagaliśmy od siebie zbyt wiele. W końcu mamy odpoczywać a nie się zarzynać! W związku z tym, nie planowaliśmy długich i wyczerpujących tras a raczej krótkie i ciekawe. Pierwszego dnia pokonaliśmy 300 km i mniej więcej takie długości realizowaliśmy w kolejnych dniach. Powiedzmy między 250-350 km.

Na Open Air nasza obecność była obowiązkowa. Już wcześniej zakupiliśmy bilety na sobotnie koncerty i umówiliśmy się ze znajomymi, że razem poskaczemy pod sceną. Przy okazji będąc w Gdyni odwiedziliśmy Międzynarodowy Zlot Żaglowców. Powolny ale i wyczerpujący weekend spędzony w Trójmieście. Czego nie zapomnę z nocy 4 na 5 lipca 2009 roku? Przede wszystkim koncertu Pendulum (kolejne marzenie zostało spełnione) no i tej podróży motórem w kapciach (nigdy więcej) z Gdyni do Pruszcza Gdańskiego. Dobrze, że nocą nie było takiego ruchu i nie musiałam często zmieniać biegów. Gorzej było w ciągu dnia, gdy jechaliśmy z Pruszcza do Gdyni. Przy pierwszym korku zauważyłam, że był to mega głupi pomysł, ale niestety nie było już odwrotu. Na błędach się człowiek uczy.

Jeżdżąc po Trójmieście nabrałam śmiałości. W Koszalinie jeździ się  inaczej. Owszem też są korki, ale są inne drogi inne zachowania kierowców. W Trójmieście nauczyłam się wykorzystywać każdą wolną przestrzeń asfaltu i wciskać gdzie popadnie. Dobra i przydatna umiejętność.

Następnego dnia ruszyliśmy dalej. I właśnie od tego miejsca zaczęła się  prawdziwa przygoda. Zwiedziliśmy Kaszuby, ale inaczej niż opowiadają  w przewodnikach turystycznych. Znaleźliśmy własny pomysł na zwiedzanie. Nie pchaliśmy się w długie kolejki do muzeów czy skansenów. Po prostu jeździliśmy. A na Kaszubach? Pięknie... trasy momentami przypominały górskie serpentyny. Nie mieliśmy planu. Spoglądaliśmy w niebo, patrzyliśmy gdzie nie pada i tam ruszaliśmy. W takim stylu objechaliśmy całe Kaszuby. Spaliśmy nad jeziorem, w nocy złapał nas  deszcz. Pogoda nie była zbyt ładna, więc spodziewaliśmy się, że nas zmoczy.

Rano mknęliśmy na Kujawy. Zaczęłam być słynna z podróży pod tytułem „jaką najdłuższą drogą dojechać z miejsca A do miejsca B” (do tej pory tak mam). Po drodze zawitaliśmy do Kamiennych Kręgów. Szukaliśmy miejsc magicznych, mniej znanych, takich  z duszą...

W Bydgoszczy do odbioru czekało  prawo jazdy plecaczka. Może to co powiem rozśmieszy wielu, ale... jeździliśmy legalnie. Do tej pory od czasu do czasu „dałam mu się karnąć” bocznymi drogami. Teraz mógł siąść na maszynę w mieście.

Podróż trwała dalej a my wcale nie mieliśmy dosyć, minęły jakieś  4 dni. To co zaplanowaliśmy zostało zrealizowane. Motocykl sprawował się dobrze. Pogoda w miarę dopisywała. Nie będziemy przecież do domu wracać!

Tego wieczora spaliśmy w Wolicach na działce. Wybraliśmy się na krótką wycieczkę do Wenecji. Uwielbiam to miejsce. Chcieliśmy wykorzystać te słoneczko, co wychyliło się zza chmur... Wychyliło, ale nie na długo. Sytuacja wyglądała tak, że gdy chcieliśmy się zbierać na działkę, nagle zewsząd nadciągnęły burzowe i deszczowe chmury. To była pełna apokalipsa na niebie. Dawno czegoś takiego nie widziałam. Byliśmy sami, nie mogliśmy się schować w samochodzie... Uciekaliśmy i mknęliśmy w deszczu między piorunami. Było to pięknie ale i przerażające. Nie wiedziałam jak się skończy ta podróż, a do pokonania mieliśmy około 30km. Wreszcie cali i zdrowi dotarliśmy do Barcina. Weszliśmy do sklepu... i w tym momencie nastąpiło oberwanie chmury. Dawno nie widziałam takiego deszczu. Lało nieziemsko, parking zamieniał się w jezioro, a drogi w rzeki. Nie było wyjścia, musieliśmy wsiąść na motór i pojechać na działkę. Nie było sensu czekać aż przestanie padać, wcale się na to nie zapowiadało. Cieszę się, że udało nam się dotrzeć w jednym kawałku. Ojj będzie co wspominać...

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Po nocnych winach i dyskusjach zapadła decyzja! Jedziemy w góry. A skoro uderzamy na południe, warto odwiedzić miejsce, gdzie przezimował motocykl. Pokazać, że jeździmy i mamy się dobrze. Tak też zrobiliśmy...  Pojechaliśmy do Kamienia., po drodze odwiedzając kumpelę w Żninie. Przez kilkadziesiąt długich minut próbowaliśmy rozpalić ognisko, ale za to kiełbacha jaka pyszna była. Cóż za radość ogarnęła rodzinę w Kamieniu, gdy zobaczyli nas w komplecie. Przenocowaliśmy u Cioci i Wujka, przecież nie było innej możliwości. Zregenerowaliśmy siły i rano ruszyliśmy dalej...

Tego dnia zrobiliśmy ponad 500 km, z czego ostatnie 50 km wiodło już  górami. Jesteśmy znad morza, więc dla nas zaczęła się kolejna przygoda... Podczas tej trasy motór dał się we znaki. Nie stało się, na szczęście, nic poważnego. Wyciągnęliśmy dwa gwoździe z tylnej opony, a parę kilometrów dalej okazało się, że brakuje śruby od ramy. Ale jak długo tak jeździliśmy? Do tej pory nie wiemy... Zatrzymaliśmy się przelotem w miejscowości, której nazwy nie pamiętam. Kupiliśmy śrubę i polecieliśmy dalej.  Z Kamienia dotarliśmy do Młodowa (obok Piwnicznej Zdrój). Byliśmy tam już kiedyś. Odwiedzaliśmy motórem miejsca, które kiedyś zwiedzaliśmy samochodem...

Rankiem trzeba było podjąć kolejną decyzję. Jedziemy na prawo czy na lewo? Ruszyliśmy na zachód. W Bieszczady wybierzemy się kiedy indziej. Pewnie w przyszłym roku. Pojechaliśmy do Niedzicy a dalej przez Zakopane do Żywca. Bardzo lubię Niedzicę. Jest tam naprawdę pięknie. To miejsce ma pewną moc. Przynajmniej ja to tak czuję. Przysiedliśmy na kawie, zaraz przy zaporze wodnej. Zadzwoniłam wtedy do domu. Nie mogli uwierzyć, gdzie my zawędrowaliśmy.... Obowiązkowo musiałam zrobić sobie zdjęcie na przejściu granicznym w Łysej Polanie. Byłam tam czwarty raz. Dwa razy pieszo, raz samochodem... wreszcie motórem! W Żywcu rozbiliśmy namiot. Piwko, regeneracja sił,rozmowy z sąsiadami z namiotu obok i mile spędzony czas. Podróżowaliśmy też trochę Czechami i Słowacją, tuż przy granicy. Przejeżdżaliśmy obok skalnego miasta. Kilka zdjęć okiem motocykla i dalej. Ruszyliśmy w kierunku Jeleniej Góry. Oczywiście jak najbardziej naokoło i jak najdalej od głównych tras.

W górach spodobało nam się niesamowicie. Kolejne kilometry sprawiały coraz większość przyjemność a jeżdżąc zdobywaliśmy nowe doświadczenia. Przez te parę dni nauczyliśmy się profesjonalnie składać w zakręty. Podróż była coraz bardziej przyjemna. Kolejne dni mijały a nam wcale nie chciało się wracać. Co zwiedziliśmy? Drogi, góry, lasy a nawet bezdroża. Byliśmy w miejscach, w których nigdy nie pomyślałabym, że na co dzień mieszkają ludzie. Nie zależało nam na zwiedzaniu zabytków czy muzeów. Nie raz każdy z nas był w takich miejscach z kolonią czy z rodzicami. Chodziło o nowe doświadczenia. Świat okiem motóra. To nasz pierwszy sezon motocyklowy, trzeba z niego wyciągnąć jak najwięcej! Przemierzyliśmy wysokimi górami od Nowego Sącza po Jelenią Górę. Nie jeździliśmy głównymi drogami. Staraliśmy się zdobywać szczyty.

W Jeleniej Górze zakończył się kolejny etap podróży. Teraz należało obrać ster na północ...Jak dziwnie jeździło się po tych szerokich krajowych drogach... Te 90 km w niecałą godzinę. Nagle z południa Polski znaleźliśmy się w centrum! Zero wysiłku w porównaniu z górskimi szlakami. Z Jeleniej Góry wprost do Zielonej Góry (cały czas te miejscowości mi się mieszają). Tutaj spotkała nas miła niespodzianka. Na polu namiotowym pojawili się motocykliści z południa Polski. Oni, podobnie jak my, wakacje w kraju. Robili trasę dokładnie odwrotną do naszej. Z gór nad morze. Byli na początku wyprawy. My już wracaliśmy...

Gdzie Zielona Góra a gdzie Koszalin? Mimo wszystko czuliśmy się prawie jak w domu, choć wcale nie chciało się wracać... Zawitaliśmy do bunkrów. Międzyrzecki Rejon Umocniony jest takim miejscem, że obowiązkowo należy je odwiedzić. Bunkry zaadoptowane przez ludzi, którzy z pasją opowiadają historię i potrafią zainteresować nawet największego lenia. Niesamowite wrażenia. Spędziliśmy tam cały dzień. Mogliśmy pozwolić sobie na dłuższe przystanki, bo te 200 km, które górskimi serpentynami zajmowało cały dzień, w centrum Polski - zaledwie kilka godzin. Z Międzyrzecza do Wałcza, z Wałcza do Koszalina i byliśmy w domu. Po drodze załapaliśmy się na jeszcze jeden nocleg. Na dziko, obok pięknego, czystego jeziora, gdzie ryby muskały po nogach. Miejsce pełne magii. W nocy ciężko było zasnąć. Wszystko przez odgłosy natury, które w głowie tworzyły dziwne historie...

To była piękna i niesamowita podróż. Inna niż wszystkie. Pierwsza i niezapomniana. Tylu wrażeń i wam życzę! A jeśli jeździcie motórem, macie ograniczone fundusze czy czas, warto rozejrzeć się czy w okolicy nie ma ciekawych miejsc. Nawet te znane i odwiedzane z perspektywy motocykla nabierają całkiem nowego wyglądu.  


Tekst i zdjęcia: Karolina