Log in

  • Published in Felieton

Każdy nowy dzień przynosi kolejne kilometry...

Nie należę do porannych ptaszków, jednak ostatnimi czasy, budzę  się tuż po 8. Od razu spoglądam w okno, czy to dobry dzień  na motórowy wypad. Przez ostatnie tygodnie pogoda była dość  łaskawa i każdego dnia pokonywaliśmy kolejne kilometry...

Wsiadam i jadę, nie zastanawiam się gdzie i z kim. Motocykl daje wolność, można usiąść i jechać przed siebie. Często sama, czasem z przyjacielem pakuję się na maszynę i gnam przed siebie. Mam kilka zaufanych osób, z którymi mogłabym tak objechać świat dookoła. Tylko gdzie na to czas to i pieniądze? Nie zniechęcam się. Póki zadowalam się podróżami bliższymi i dalszymi. I tak oto, w myśl tej zasady, przez długie tygodnie codziennie wspólnie pokonujemy kolejne kilometry. Dziennie dochodzi nawet do 200 km. Mówię nawet, bo jeździmy tylko po okolicy. Tylko jednodniowe wypady. Często pokonujemy te same trasy, za każdym razem poznając je na nowo. Za każdym razem jest to przyjemne...   Ja i mój motór (Yamaha Virago 535) stanowimy jedność. Siadam... zapinam kask, odpalam maszynę. Słyszę te głośne wydechy. To dodaje energii... Czuję, że żyje.


Czasem jeździmy w komplecie, tzn, ja, motór i pasażer. Ostatnio objechaliśmy Koszalin od strony południowej przez wschód na północ i z powrotem. Nie liczyło się nic poza jazdą. Po prostu wsiedliśmy i pojechaliśmy przed siebie. Nie zwiedzaliśmy, nie zatrzymywaliśmy się co chwilę. Znamy te miejsca na wylot. Podziwialiśmy świat z perspektywy motocykla. Podróż aleją drzew, zakręty momentami przypominające górskie serpentyny i słońce wychylające się zza drzew.  Czasem daję przyjacielowi poprowadzić maszynę, mam do niego zaufanie. Chcę, żeby poczuł ten motórowy klimat. Chyba powoli też się zaraża.

Czasem jeżdżę sama. Kolejny raz odwiedzam te same miejsca, znów przysiadam na molo obok portu rybackiego w Unieściu. Patrzę na morze. Nie wyobrażam sobie mieszkać w innym miejscu niż nad morzem... Chwila refleksji... i ruszam dalej. Nie ważne gdzie, ważne by jechać.  Jest tyle pięknych miejsc na wyciągnięcie ręki. Siadam na swojej maszynie. Nie obchodzi mnie, co inni myślą i jak na mnie patrzą. Czuję na sobie ich przeszywający wzrok, jakby tylko czekali na to, że się przewrócę na najbliższym zakręcie.  Często nigdy nie jeździli i nie rozumieją, co ja czuję siedząc na maszynie. Podobnie jak ja nie zrozumiem tych panów akwizytorów w garniturach i z walizkami. Lubię jeździć sama, bo poznaję też nowych ludzi. Ludzi pozytywnych, bo jak mówi przysłowie swój swego znajdzie. Zdarza mi się pojeździć z napotkanym na trasie motocyklistą. Spotkanie na światłach, spojrzenie, uśmiech i nic więcej nie potrzeba. Jeździmy razem później się rozstajemy i każdy zostaje sam na sam ze swoją wolnością.

Lubię  też jeździć we wrześniu. Blask słońca, mały ruch, brak turystów. Tylko my, droga i przestrzeń dookoła. Wolność, którą można poczuć, dotknąć i usłyszeć. Co więcej potrzeba do szczęścia? Motór ma moc!

Szerokości!

Tekst i zdjęcia: Karolina