Log in

Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni - to prawda. Ale wiecie, co myślę? Wiosnę czyni pierwsza przejażdżka motocyklem! Wiem to na pewno, bo od kilku dni, a konkretnie od przejażdżki właśnie, czuję wiosnę w głowie, w sercu i w każdej komórce mojego ciała.

Zaczęło się od nerwowego spoglądania na termometr i zaklinania słupka rtęci, żeby podszedł wyżej jeszcze stopień, jeszcze dwa... Gdy dotarł do okolicy 8-9 stopnia, poczułam znajome łaskotanie w brzuchu  - znak, że można wsiąść i pojechać! Od termometru pobiegłam do szaf, nerwowo je przegrzebując w poszukiwaniu części garderoby motocyklowej. Znalazłam wszystko, oprócz chust i... pasa nerkowego! Ale nawet to nie mogło już zespuć mojego planu. Trudno, przejażdżka będzie krótsza, ale będzie!

Potem nagle przypomniałam sobie, że przy ostatnim garażowym odpalaniu motocykla były problemy z wchodzeniem na obroty. Pobiegłam więc do garażu, wyprowadziłam motor na powietrze, żeby zobaczył, że już da się jeździć, a te placki śniegu na trawniku naprawdę niewiele znaczą. Po paru próbach wreszcie odpalił. Ech, ten dźwięk pracującego silnika! Ten zapach spalin! No po prostu od razu chce się żyć!

Po chwili dodałam gazu - motocykl zgasł, a z nim zrzedła moja mina. Ale nic to. Postanowiłam dać mu więcej czasu i... więcej świeżego paliwa. Po kilkunastu minutach następne podejście do manetki - tym razem już bez zawahania motocykl odpowiedział wesołym warknięciem. Po obudzeniu wszystkich śpiących w niedzielne przedpołudnie sąsiadów i przestraszeniu okolicznych psów i kotów (co ja poradzę, że tak najlepiej rozgrzać sprzęt...), pobiegłam do domu przebrać się w te pędy w skóry i kaski :) Trwało to kilka sekund, a potem już tylko wsiadłam na motocykl i z radością przepełniającą mnie od czubka głowy do palców u stóp wrzuciłam jedynkę i puściłam sprzęgło. TYLE NA TO CZEKAŁAM! Od razu ogarnęła mnie ochota na to, żeby sprawdzić, czy wszystkie możliwości, które motocykl posiadał w zeszłym roku, posiada nadal, ale zadziałał rozsądek - nierozgrzane opony, mokra miejscami nawierzchnia, no i adrenalina, uderzająca do mózgu to niezbyt dobre okoliczności do puszczania wódz fantazji...

Pojechałam. Co to za niesamowite i całkowicie wymykające się definicjom uczucie, gdy siedzisz na moto i czujesz się panią świata? Dobrze wiecie :) I ten wszechogarniający spokój oraz natychmiastowy dystans do wszystkich problemów i trosk. Nie znam lepszej metody na odstresowanie. Joga, pilates, spacery, masaże - to wszystko działa, ale nie w takim stopniu i nie z taką szybkością i precyzją. Mogłabym porównać jazdę na motocyklu jedynie do nurkowania, gdy zewsząd otacza Cię delikatnie cicha, ciepła i przejrzysta woda, a Ty wokół widzisz piękne rafy i kolorowe ryby. Być może jest to też podobne do latania szybowcem, gdy jesteś już wysoko w powietrzu i słyszysz tylko szum powietrza i bicie własnego serca. Ja podczas jazdy czuję pracujący silnik, do którego od razu i w pełni przystosowuje się moje ciało, stając się jednym, zgranym organizmem.

Wracając do przejażdżki - organizmowi, o którym mowa powyżej, po kilkudziesięciu kilometrach zrobiło się zimno :) Zimno stało się jeszcze bardziej przenikliwe, gdy na szybie kasku zobaczyłam coś w rodzaju śniegu z deszczem, a mój wewnętrzny termometr jednoznacznie wskazywał temperaturę powietrza odczuwalną na poziomie minus 35 stopni ;) Zawróciłam więc do domu, bo przecież nie jest ważna ilość czasu spędzanego na motocyklu, ale jego jakość :) A tego dnia była to jakość najwyższa.

Od tamtej przejażdżki nastała dla mnie wiosna. To nic, że następnego dnia śniegu było tyle, że można by z niego ulepić bałwana :) W końcu i latem zdarzają się anomalie pogodowe, prawda?